Krystyna Jankotowiczświdnicawolontariusz roku

Krystyna Jankotowicz: trzeba cieszyć się z drobiazgów

Od 42 lat otacza opieką pacjentów świdnickiego szpitala „Latawiec”, od prawie 30 – onkologii. Kiedy dopada ją stres, wsiada na rower i wyrzuca z siebie negatywne emocje. Jej mottem są słowa Mikołaja Gogola: „Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się dlań wtedy, gdy zapominając o sobie, zaczyna żyć dla bliźnich…” Krystyna Jankotowicz, oddziałowa Oddziału Onkologii, w grudniu 2019 została wyróżniona tytułem „wolontariusz roku”.

Ze świdnickim szpitalem związana jest od zawsze. Jak sama mówi, tu się urodziła i tu podjęła pracę, którą realizuje do dzisiaj. Od samego początku związana jest z Oddziałem Onkologii.

* Jak to się stało, że trafiła Pani na ten oddział?

– W 1973 r. rozpoczęłam naukę w Liceum Medycznym w Świdnicy. Pięć lat później, w 1978r., rozpoczęłam pracę w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej, najpierw na Oddziale Noworodkowym, następnie – Oddziale Wewnętrznym. Praca, którą wykonywałam, dawała mi wiele satysfakcji, szczególnie oddział noworodkowy, ale nie czułam się w pełni zrealizowana. Zawsze bardzo chętnie pomagałam ludziom, którzy tej pomocy potrzebowali. W Świdnicy w tym czasie mało wiedzieliśmy na temat onkologii, o chorobach nowotworowych mówiło się niewiele. W 1991 r.  Świdnicy rozpoczęła pracę pani dr Ewa Kilar i zaproponowała mi pracę na onkologii. Wspólnie przez wiele lat tworzyłyśmy Poradnię Onkologiczną, Chemioterapii, Paliatywną, Genetyczną i Oddział Onkologii Klinicznej. Aby swoją pracę wykonywać jak najlepiej, podnosiłam swoje kwalifikacje, między innymi uzyskałam specjalizację z zarządzania w służbie zdrowia. Studiowałam pielęgniarstwo na Wydziale Nauk o Zdrowiu, uzyskując tytuł magistra pielęgniarstwa, następnie ukończyłam specjalizację onkologiczną. Ukończyłam wiele kursów kwalifikacyjnych i specjalistycznych, nabywając dużo wiedzy w dziedzinie onkologii, opiece paliatywnej i itp. Już w 1991 r. odbyłam pierwsze szkolenie w Hospicjum w Poznaniu z zakresu Opieki Paliatywnej u prof. Jacka Łuczaka. Od wielu lat uczestniczę czynnie i biernie w wielu konferencjach onkologicznych, będąc członkiem Stowarzyszenia Pielęgniarek Onkologicznych.

* Na tle innych oddziałów, specyfiki przypadków, chorób, jest to oddział wyjątkowy. Często trafiają tu osoby, dla których nie ma ratunku. Czy trudna jest praca pielęgniarki na tym oddziale?

– Oddział Onkologii Klinicznej jest oddziałem wyjątkowym, praca tu jest niezwykłym doświadczeniem, zmieniającym naszą rzeczywistość i nas samych. Tutaj pielęgniarka postrzegana jest jako osoba, której rolą jest „dawanie siebie”, natomiast rzeczywistość i doświadczenia pracy pokazują, jak wiele my dostajemy w zamian, często nawet nieświadomie. Jedna z głównych zasad pielęgniarstwa mówi, że najważniejszy jest pacjent, bo to naprzeciw jego potrzebom wychodzimy na naszych dyżurach. Ale jednocześnie paradoksalnie najważniejsze jesteśmy my, bo jeśli o siebie nie zadbamy, to nie wystarczy nam sił, by zadbać o innych. Recepta na bycie dobrą pielęgniarką lub wolontariuszem jest prosta – zawsze trzeba być sobą, zachować wrażliwość i otwartość na siebie i na innych. Nie bójmy się przecierać szlaków w byciu z drugim człowiekiem. Nie potrzeba nic więcej. Nasza obecność to najcenniejszy dar, jaki możemy dać pacjentom. Pacjenci są różni, każdy ma inną osobowość, ale każdy potrzebuje ciepła i obecności drugiej osoby.

* A jednak odczuwała Pani niedosyt. Stąd pojawił się pomysł wolontariatu?

– Najważniejsze w życiu jest to, by mieć pasję. Moją pasją jest praca i daje mi ona wiele satysfakcji, niemniej cały czas brakowało mi czegoś. Moja przygoda z szeroko pojętym wolontariatem zaczęła się bardzo wcześnie, bo już w szkole podstawowej, gdy udzielałam się jako harcerka ZHP. Okres ten był bardzo ważny dla mnie jako młodej osoby w kształtowaniu pierwszych relacji międzyludzkich. Był to czas działania na rzecz lokalnej społeczności. Liceum Medyczne było konsekwencją moich zainteresowań skierowanych na pomoc. Umiejętności interpersonalne, które nabyłam, w tracie nauki w kolejnych latach okazały się bezcenne. Udzielanie się na rzecz społeczeństwa i  troska o wspólne  dobro  zawsze były dla mnie ważne i dawały ogromne ilości pozytywnej energii do dalszego działania. Swoją przygodę z wolontariatem „na poważnie” rozpoczęłam w 1999 r. Byłam jedną z osób, które tworzyły Hospicjum w Świdnicy. Tu nabierałam doświadczenia i wiele uczyłam się od swoich pacjentów. Dziś wiem, że pacjenci oczekują od wolontariuszy przede wszystkim pomocy w poruszaniu lub przemieszczaniu się, towarzystwa, ciepła, czasu i cierpliwości, wspólnego milczenia, spokoju, rozmowy i wysłuchania, serdeczności, a przede wszystkim uśmiechu. Powinniśmy wspierać rozmową chorego i jego rodzinę, nie wpływać na ich decyzje medyczne, czy wybór sposobu leczenia. Choroba nowotworowa to poważne wyzwanie psychofizyczne dla każdego pacjenta. Nierzadko zdrowy, samodzielny człowiek, stanowiący o sobie, staje się osobą z ograniczoną możliwością wpływu na swoją rzeczywistość. Zostaje on zmuszony do wielu zmian w dotychczasowym funkcjonowaniu i w bardzo różny sposób radzi sobie z tymi zmianami. Jedni szukają winnych, inni pomniejszają znaczenie problemów, bagatelizując i tłumiąc swoje emocje, a jeszcze inni konfrontują się z rzeczywistością i szukają realnych rozwiązań. W pracy z ludźmi ciężko chorymi nie trzeba dużo mówić, Trzeba słuchać i spełniać życzenia, a w tym jestem dobra.

* Czym dla Pani jest wolontariat?

– Wolontariat to pojęcie określające wszelkie działania mające na ceku bezinteresowną pomoc innemu człowiekowi. To także niezwykła szansa zrealizowania swoich pasji i chęci pomagania innym. Wolontariusz to osoba, która dobrowolnie i bez wynagrodzenia angażuje się w pracę  na rzecz innych, to osoba, która daje cząstkę siebie drugiej osobie potrzebującej. Ale to nie tylko dawanie siebie innym. To również szereg doświadczeń i korzyści, z których często nie zdajemy sobie sprawy. Dla mnie wolontariat to droga do dojrzałości i odkrywania siebie na nowo. Co odkryłam? Że jestem silniejsza, niż mi się wydawało. Patrzę na chorych ludzi jak na własne dzieci, a nie jak na przypadek medyczny, jestem też potrzebna ich rodzinom. Zaprzyjaźniłam się z wieloma z nich. Oczywiście, że przyzwyczajam się do pacjentów i przykro mi, gdy odchodzą, ale jestem pielęgniarką i umiem oddzielać życie prywatne od zawodowego. Jeśli ktoś umrze, modlę się za niego, to przynosi mi ulgę. Gdy wchodzę do domu, żyję swoim życiem.

* W grudniu została Pani nagrodzona tytułem „wolontariusz roku 2019″. Czym dla Pani jest ta nagroda, jaka była Pani reakcja na wieść o tym wyróżnieniu?

– Jest to ogromne wyróżnienie, wielki zaszczyt i podziękowanie za wszystkie lata pracy. Było mi bardzo miło i byłam zaskoczona. To, co robię, wynika z potrzeby serca. Nie pomagam po to, by być gloryfikowaną.

* Dzisiaj już nie pomaga Pani w hospicjum. Bardzo często angażuje się Pani za to w inicjatywy profilaktyki raka piersi, wspiera Pani nieustannie świdnickie Amazonki, prowadzi Pani wspólnie z nimi warsztaty samobadania piersi.

– To jest trudna praca. Długo uczyłam się odcinania od pracy, gdy z niej wychodzę. Brałam udział w specjalnych warsztatach. Jest to ważne, człowiek ma swoją wytrzymałość psychiczną i jeśli nie nauczy się oddzielać życia prywatnego od pracy, można zwariować. Kiedy mam dość, wsiadam na rower i odreagowuję. Przyszedł jednak taki moment, kiedy uświadomiłam sobie, że przebywanie całymi dniami z osobami nieuleczalnie chorymi stało się dla mnie zbyt wielkim obciążeniem psychicznym. Swoją pomoc skierowałam do osób, którym udało się raka pokonać. Gdyby nie praca w Hospicjum i współpraca z Amazonkami nie poznałabym wielu niezwykłych ludzi. Może zabrzmi to absurdalnie, ale Amazonki dają mi mnóstwo pozytywnej energii. Cieszą się każdą chwilą i każdym drobiazgiem. Mi się to udziela, inaczej patrzę na swoje problemy. Zaczęłam doceniać to, co mam: zdrowie, przyjaciół, rodzinę, bo w życiu trzeba nauczyć się cieszyć z drobiazgów. Wspólnie z Amazonkami prowadzimy warsztaty, ale też wykłady o innych nowotworach w szkołach, klubach seniorach. To są niesamowite dziewczyny. Pełne pasji, ciągle aktywne.

* Jak zmienia się mentalność kobiet? Czy bardziej niż kiedyś czujemy potrzebę badań, dbania o siebie?

Świadomość zmienia się bardzo. Na początku pracy przychodziły pacjentki w stopniu zaawansowanym choroby. Teraz zgłaszają się we wczesnym stadium. Od 20 lat prowadzone się badania genetyczne. Dzisiaj nie ma rodziny, która nie byłaby doświadczona nowotworem. A wiadomo, że gdy choruje jedna osoba, chorują wszyscy w domu. Trzeba też pamiętać, że metody leczenia zmieniły się diametralnie. Dziś bardzo często udaje się uratować pierś. Poza tym od trzech lat posiadamy urządzenie do chłodzenia głowy, które pozwala uratować włosy. Bardzo często też Amazonki przychodzą na oddział i rozmawiają z pacjentkami. One najlepiej wiedzą, jak to jest. Człowiek chory potrzebuje kogoś, kto go popchnie do działania. Amazonki taką siłę dają.

* Jak zachęciłaby Pani innych do wolontariatu?

– Działalność na rzecz mojej małej ojczyzny daje mi dużo satysfakcji i przyczynia się do tego, że jestem lepszym człowiekiem i bardziej wartościowym członkiem społeczeństwa. Myliłby się ten, kto twierdzi, że wolontariat to tylko bezinteresowna praca. To również szereg doświadczeń i przeżyć, które korzystnie odbiją się na całym naszym życiu: od prywatnego, po zawodowe. Bardzo często wolontariuszami zostają osoby, które doświadczyły trudnych przeżyć, ktoś im pomógł i one w podziękowaniu pomagają innym. Ale tak naprawdę w zakresie wolontariatu każdy z nas miałby co robić. Dlatego, jeśli jesteś osobą, której tak jak mi, w głowie przemyka od czasu do czasu myśl o pomocy innym – weź rower, samochód, cokolwiek, udaj się w jakieś spokojne miejsce, przemyśl sprawę i… działaj! Ważne jest, abyś jako przyszły wolontariusz był świadomy, w jakim kierunku chcesz działać i że naprawdę chcesz się zaangażować.

Leave a Reply

Zobacz również