świdnicaZwiązek Sybiraków

Zygmunt Zelek: warunki były nieludzkie

– Dano ludziom 40 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i jedzenia. Potem wieziono ich miesiąc w nieludzkich warunkach. W mrozie i głodzie. Niektórzy nie dotarli na miejsce. Nikt nie rozumiał, dlaczego i za co ich to spotkało – wspomina podróż na Sybir Zygmunt Zelek, prezes Związku Sybiraków koła Ziemi Świdnickiej.

17 września obchodzimy światowy Dzień Sybiraka. W Świdnicy ten dzień nabiera szczególnego wymiaru, gdyż to między innymi tutaj, na ziemiach odzyskanych osiedlali się po wojnie Ci, którym udało się z Syberii powrócić. Wśród tych osób znalazła się także rodzina Zygmunta Zelka, prezesa świdnickiego koła Związku Sybiraków. On sam urodził się na Syberii.

Żegnali Polaków z uśmiechem

Rodzice Zygmunta Zelka wywodzili się z wsi Worwolińce, w kolonii Jakubówka, w powiecie Zaleszczyki, w województwie tarnopolskim. Ich rodziny przybyły tu w poszukiwaniu lepszego życia. Po wojnie bolszewickiej znajdowały się tu ziemie na sprzedaż, przeznaczone do zasiedlenia. Razem z innymi osadnikami wspólnie na tych ziemiach stworzyli kolonię Jakubówkę. Były to ziemie niezamieszkane wcześniej, znajdowano tam pociski armatnie i kule z czasów I wojny światowej. Na tych ziemiach rodzice pana Zygmunta mieszkali od 1928 r. Dziadkowie – rodzice mamy i taty – zajęli ziemie po sąsiedzku. W 1939 roku rodzice pobrali się. Zaczęli budowę domu. Plany przekreślił jednak wybuch wojny i rok 1940. – 10 lutego odbyły się trzy wywózki, w 1941 r. – czwarta, ostatnia. Rodzice nie zdążyli dokończyć budowy. W nocy z 9 na 10 lutego nad ranem ok. godz. 3.00 rozległ się łomot do drzwi. Weszła delegacja złożona z żandarmów, żołnierzy rosyjskich, Ukraińców, a nawet sąsiadów. Łącznie 4-5 osób. Po wejściu do domu niby szukali broni, ale kradli, co się dało. Dali 40 minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i żywności na około trzy tygodnie. Z tym, że w czasie przeznaczonym na pakowanie, mężczyzn trzymano pod ścianą. Mamy brat pakował, co się dało. Spakował mąkę, ale zostali bez chleba. Była to sobota i właśnie w sobotę babcia piekła chleby na cały tydzień. Brat mamy powiedział, że idzie do spichlerza i w tym czasie przybiegł do niej, zobaczyć, ale tu też było to samo. Po 40 minutach padła komenda koniec. Kazano wyjść przed dom. Tu czekały sanie wysiedlanych właścicieli i ich konie. Zatem własnymi saniami zostali wywiezieni. Ludzie krzyczeli, płakali, zwierzęta ryczały. Ukraińcy i Żydzi żegnali Polaków z uśmiechami, wołając: „dość panowania Lachów na naszych ziemiach”. Wywożono ludzi na małe, rzadko wykorzystywane stacje kolejowe. Tu czekały już wagony towarowe, bez okien, dziurawe, a zima była wtedy bardzo sroga, panowały siarczyste mrozy, dochodzące do -35 stopni. W środku po obu stronach były przybite prycze, w podłodze wycięta dziura służyła za toaletę. Do wagonu wchodziło około 50 osób. Podesty były oblodzone. Starsi ludzie się potykali, byli popychani. Osoby starsze i dzieci brano w środek, osoby zdrowsze zajmowały miejsca po bokach, żeby było cieplej. Dwa dni czekaliśmy na tej stacji. Ludzie krzyczeli, płakali, ciężko było wytrzymać w takim mrozie. Po załadunku drzwi zaryglowano. Skład liczył 50 wagonów. Tak wyruszyli w nieznane. Nikt, nie wiedział, gdzie, po co i za co – opowiada Zygmunt Zelek.

Byłem prezentem na nowy rok

Pierwszy tydzień transport jechał bez postoju. Potem drzwi się otworzyły, żołnierze pytali, czy ktoś umarł. Polacy dostali ciepłą zupę z liści kapusty i ciepłą wodę. Brakowało tej wody, więc jeszcze do wiader nabierano śniegu. Podczas kolejnych dni przez szpary w wagonie widzieli, że jechali przez Ural, na Sybir. Niektórzy umierali w czasie jazdy, ich ciała po prostu wyrzucano przez otwarte drzwi. Po miesiącu dojechali prawie na miejsce. Całą noc czekali jeszcze na stacji Kańsk. Rano wagony się otworzyły. Naczelnik powiedział, że dalej pojadą saniami, znów czekano na nie cały dzień. – Przyjechali w końcu woszczyki (furmani) z saniami zbudowanymi z dwóch płóż połączonych deskami, wyłożonymi słomą. Do przejechania było ok 200 kilometrów. W naszej rodzinie były dzieci – rodzeństwo mamy – najmłodsza Fredzia miała rok. Ludzie wsiadali do tych sań opatuleni w pościele i tak jechali. Niektórzy umierali po drodze. Dziecko sąsiadów niezauważenie wypadło z sań. Zorientowano się dopiero na miejscu. Było za późno na ratunek. Dziecko na pewno zamarzło i zostało zaatakowane przez wilki, których na Syberii były niemiłosierne ilości. Podróż trwała pięć dni. Dotarli do starych baraków we wsi Galucze. Dostali jeden dzień na przygotowanie baraku. W kolejnym dniu już mieli iść do pracy, w tajdze przy drzewie – opowiada Zygmunt Zelek.

Wszyscy pracowali na równi, także kobiety i dzieci. Ścinano drzewa, cięto na wymiar, magazynowano nad rzeką Pojną. Tak było do maja. Od maja do jesieni spławiano to drzewo w dół rzeki. Kobiety w tym czasie pracowały w kołchozie. Kto pracował latem, dostawał zimową odzież. 6 listopada 1940 r. Zygmunt Zelek przyszedł na świat. – Mówili, że byłem prezentem na nowy rok – wspomina.

Głód był straszny

Wiosną 1941 r. trzy rodziny, także rodzinę pana Zygmunta, przesiedlono do Kajenu. Były tam już inne baraki. Częściowo nowe, częściowo stare, budowane przez Polaków, których z kolei przesiedlono gdzieś dalej. Było trochę lepiej, choć też panowały ciężkie warunki. Dzienna porcja chleba wynosiła 400 g. Ale tylko dla tych, którzy wyrobili normę w pracy. Inaczej dostawali 200 g. Chleb był z mąki kukurydzianej. Ludzie cierpieli głód. Tylko wiosną było łatwiej, gdy pozyskiwali m.in. sok z brzozy. Przez noc potrafiło nalecieć 5 litrów. Po inwazji Niemiec na Rosję w 1941 r. racje żywnościowe jeszcze się zmniejszyły. Wszystko szło dla żołnierzy. 9 kwietnia 1940 r. umarła babcia pana Zygmunta, osierocając dwójkę małych dzieci. Przed śmiercią prosiła 16-letnią siostrę mamy – Helę o opiekę nad nimi. – Mimo to chciano odebrać te dzieci i oddać do sierocińca. Siostra babci stanęła w ich obronie. Naczelnik zgodził się, ale za usługę seksualną. Zdenerwowała się, uderzyła go, a on na oczach dzieci ją zastrzelił. Spoczęły obok siebie i były to pierwsze groby z naszej rodziny na Syberii. Fredzia była bardzo chorowita, więc Hela nie mogła pracować. Chodziła z dzieckiem od domu do domu po prośbie. Z Polski przywiozła ze sobą strój krakowski. Spodobał się naczelniczce. Za ten strój Hela dostawała od niej codziennie 0,5 l mleka. Ale musiała po nie chodzić codziennie wieczorem. W 1941 r. omal nie zginął tata. Podczas spławiania drzewa, konar przygniótł go, miażdżąc mu biodro. Do końca życia pozostał inwalidą. Nie mógł pracować, wszystko spadło na mamę i jej młodszego brata Kazika. Dopiero później, gdy trochę stanął na nogi, załatwił jakoś, że będzie woził mleko z kołochozu do mleczarni – opowiada Zygmunt Zelek. Warunki na Syberii były nieludzkie. Dokuczał głód, ale też insekty. W barakach mnożyły się pluskwy, ludzie walczyli z wszami. Poza tym walczyli z chorobami. Nie było lekarzy i lekarstw. Aby choć trochę poprawić sytuację, zarządzono ogólną dezynfekcję i kąpiel parową. Było to bardzo wstydliwe, gdyż wszyscy nago musieli w tej łaźni przebywać. Dostali potem nowe ubrania, stare zostały wyparzone. Latem dokuczały insekty, zimą mrozy i wilki. Te ostatnie często atakowały ludzi. Około 100 m od obozu zginęła kobieta, osierociła trójkę dzieci. – We wrześniu 1942 r. rodzina przeniosła się do Szetlina. Pracowano tu w tartakach, mleczarni, było lżej. Stąd przenieśliśmy się dalej do Tułunu i tu pozostaliśmy do końca. Kołchoz Sybirak nr 3. Dostaliśmy mały domek, który tato z braćmi i szwagrem wyremontowali. Było przedszkole i szkoła. Przychodziły paczki z unrry. Mieliśmy ogródek. Mieliśmy też własną kozę, a i świnię na święta udało się wyhodować. Ale głód był dalej. Pamiętam, że w 1944 r. poszliśmy zbierać zamarznięte kartofle. Mama je suszyła, ścierała i robiła placki. Naczelnik nas zobaczył, zabrał nam je, a ja najmłodszy oberwałem najmocniej. Miałem rozciętą głowę – wspomina Zygmunt Zelek. Wiosną 1943 r. do zesłańców dotarła informacja o tworzeniu się wojska polskiego im. Tadeusza Kościuszki. Z rodziny pana Zygmunta zaciągnęło się ok 30 os – siostry taty, kuzynowie. W 1945 r. urodziła się jego siostra Wanda.

Trudny powrót do Polski

W 1946 r. w czerwcu wróciliśmy do Polski. Tułaliśmy się po całej zachodniej stronie. Mamy brat, żołnierz został ranny w czasie wojny. Po wyleczeniu nie wrócił do wojska, tylko osiadł w Polsce i został kierownikiem do spraw repatriacyjnych. Odnalazł nas i zabrał do siebie. Nie było wtedy pracy, wolnych gospodarstw. Dopiero znajomy wynalazł, że jest do zdania gospodarstwo w okolicach Świdnicy. Rodzice objęli je w październiku 1951 r. Od tej pory jestem w Świdnicy. Tu skończyłem szkołę, znalazłem pracę, założyłem rodzinę, doczekałem dwójki dzieci, czwórki wnucząt, prawnucząt. Miasto wyglądało wtedy zupełnie inaczej. Wzdłuż ul. Pionierów były jeszcze latarnie gazowe. Smutne było to, że nie dość, że byliśmy prześladowani na Syberii, to dokuczano nam także tutaj. Któregoś wieczoru wpadło dwóch mężczyzn w czasie kolacji i pobili mamę i tatę – mówi Zygmunt Zelek.

**************

Związek Sybiraków koło Ziemi Świdnickiej powstał w 1989 r. Pierwszym prezesem był Polak, żołnierz Armii Krajowej Czesław Bartkiewicz. W zarządzie znaleźli się Jan Krupa, Jerzy Orabczuk, Zofia Bazydło, Janina Garaszczuk, Halina Opatowska. Początkowo było 700 członków ze Świdnicy, Strzegomia, Żarowa, Jaworzyny, Marcinowic. W 1995 r. odłączyły się Świebodzice, w 2000 r. Strzegom. W obu miastach utworzono osobne koła.

Związek zmieniał swoje siedziby, obecnie znajduje się w Centrum Wspierania Organizacji Pozarządowych przy ul. Długiej 33.

Od 2000 r. prezesem jest Zygmunt Zelek, który do związku wstąpił w 1990 r. Zarząd tworzą Wanda Budziszyn (siostra Zygmunt Zelka), Eugenia Homa, Maria Iwanicka, Jerzy Radziewicz.

Obecnie koło liczy 162 członków, w tym 48 to wdowy po Sybirakach.  W zarządzie moja siostra Wanda Budziszyn, Eugenia Homa, Maria Iwanicka, Jerzy Radziewicz.

Dodaj komentarz

Zobacz również