Ludzie z kliszMateusz KudłaPowiernikświdnica

Mateusz Kudła: w tej pracy kocham nieprzewidywalność

– Realizacja „Powiernika” to ogrom ciężkiej pracy, ale postanowiliśmy z Łukaszem zrezygnować z pobierania wynagrodzenia, ponieważ cały wysiłek i każdy grosz poświęcamy na domknięcie historii, które znajdą się w naszym filmie – mówi Mateusz Kudła, reżyser filmu „Powiernik”, który już jesienią zobaczą świdniczanie.

* Mimo młodego wieku ma Pan na swoim koncie nagrody za osiągnięcia dziennikarskie. Pana filmy pokazywane są natomiast w wielu miejscach na świecie. Skąd takie zamiłowanie? Do kamery? Do rejestrowania tego, co było, co jest?

– Zaczęło się od gazetki. Jednostronicowej, drukowanej na papierze biurowym w formacie A4. To było w szkole podstawowej. Pracę w prawdziwych mediach zacząłem w liceum. Żeby zdać maturę, brałem urlop na żądanie w Portalu Onet, gdzie pracowałem jako fotoedytor strony głównej. Za kilka miesięcy minie dziesięć lat, odkąd pracuję dla TVN. Właściwie nie jestem pewien, co w tej pracy sprawia mi największą radość. Może nieprzewidywalność?

* A zamiłowanie do historii? Z rodzinnych tradycji i korzeni? Temat wojny, emigracji nie był Panu obcy.

– Tę pasję zaszczepił we mnie dziadek od strony mamy, Jerzy Kordecki. Nie tylko opowiadał, ale i zabierał na lekcje historii w terenie. Raz na przykład pojechaliśmy zobaczyć dawne, trawiaste lądowisko we wsi Zabawa w województwie małopolskim. Niby nic, ale kiedy dojechaliśmy na miejsce, wyjaśnił mi, że ma ono związek z jego ojcem, Władysławem Kordeckim. Pradziadek podczas wojny walczył w Batalionach Chłopskich. Wziął udział między innymi w Akcji Most III, której celem było przekazanie aliantom elementów niemieckiej rakiety V2, przechwyconej na terenie okupowanej Polski. To była niebezpieczna, nocna misja. Samolot, który miał przetransportować kurierów wraz ze zdobytymi niewybuchami, zgodnie z planem wylądował na wspomnianym lądowisku w Zabawie. Po błyskawicznym załadunku okazało się, że koła samolotu ugrzęzły w mokrej ziemi. Kolejne próby uwolnienia maszyny kończyły się niepowodzeniem, zdesperowani żołnierze w pewnym momencie rozważali nawet jego zniszczenie. Ale nie poddali się, podłożyli pod koła deski od wozu, a pilotowi szczęśliwie udało się wystartować. Z Wunderwaffe na pokładzie!

* Pana pradziadkowie uratowali w czasie wojny żydowską dziewczynkę. W 2017 r. rozpoczął Pan produkcję filmu dokumentalnego o niej. Zastanawiam się, jakie to było dla Pana przeżycie? Jak po tym wszystkim spoglądał Pan na życie dziadków i historię wielu innych polskich rodzin, wpisaną w dzieje naszego kraju?

– Pradziadkowie od strony taty, Jadwiga i Stanisław Ostoja-Soleccy, po wybuchu wojny zamieszkali w okazałym domu pośród sadów w Korczynie niedaleko Krosna. Podczas okupacji zapewniali schronienie Żydom, między innymi 11-letniej dziewczynce, Marlenie Wagner. Jej matkę zamordowali Niemcy. Dziadkowie przez dwa lata ukrywali Marlenę na strychu, ryzykując życie własne oraz szóstki swoich dzieci – w tym mojej babci. Dobrze wiedzieli, co grozi za ukrywanie Żydów. W nieodległej Markowej naziści wymordowali rodzinę Ulmów, a wiadomość o masakrze wstrząsnęła miejscową ludnością. Mimo to, dziadkowie do końca wojny opiekowali się Marleną, która w 1945 roku wyjechała do krewnych w Nowym Jorku. Przez pewien czas jej ciotki korespondowały z babcią, ale kontakt w końcu się urwał. Dopiero w 2014 z inicjatywy najstarszego syna pradziadków udało się ponownie nawiązać kontakt z Marleną, która wówczas mieszkała już w Izraelu i posługiwała się imieniem Madeleine oraz nazwiskiem Alster po mężu. Marlena postanowiła przyjechać do Polski, żeby w towarzystwie swoich dzieci i wnuków zobaczyć dom, w którym ocalono jej życie. Postanowiłem to udokumentować. Pamiętam chwilę, w której zobaczyłem Madeleine po raz pierwszy. Czekałem wraz z operatorem kamery pod domem moich dziadków. Pod bramę podjechał duży autokar, z którego wysiadła spora grupa ludzi. Madeleine towarzyszyła cała rodzina – córki, synowie i wnuki. Ten widok przypomniał mi mądrość Talmudu: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. Weszliśmy wspólnie na strych, na którym ukrywała się 70 lat temu. Precyzyjnie pamiętała układ pomieszczeń. Następnego dnia wzięliśmy udział w ceremonii odznaczenia pradziadków medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, a kilka miesięcy później odwiedziliśmy, z moją babcią, mamą, ciocią i wujkami, rodzinę Alsterów w Izraelu. Spacerowaliśmy po Jerozolimie, rozmawialiśmy, jedliśmy i śmialiśmy się. Rok później otrzymaliśmy smutną wiadomość. Madeleine odeszła we śnie, otoczona bliskimi.

* Świdniczanie poznali Pana dzięki produkcji „Ludzie z klisz”. Jak wyglądała praca nad tym filmem? I jak to się stało, że poznał Pan Łukasza Kazka i rozpoczęliście, jak wiemy, długofalową współpracę.

Łukasza Kazka poznałem sześć lat temu, pracując nad materiałem telewizyjnym dla TVN24. Poprosiłem go wówczas o wypowiedź na temat opuszczonych kopalni uranu na Dolnym Śląsku. Zaprzyjaźniliśmy się, a przy jednej z rozmów Łukasz opowiedział mi o depozytach ukrywanych siedemdziesiąt lat temu przez byłych, niemieckich mieszkańców Gór Sowich. O tym, jak odszukuje właścicieli tych sentymentalnych skarbów, żeby poznać ich historie, często dramatyczne. Postanowiliśmy nakręcić nasz pierwszy, wspólny film. „Depozytariusz” cieszył się dobrymi recenzjami i zebrał kilka nagród na zagranicznych festiwalach filmowych. Jakiś czas później w ręce Łukasza trafiło 120 zakurzonych rolek filmu fotograficznego, przypadkiem znalezionych na strychu starego domu w Walimiu. Okazało się, że zdjęcia przedstawiają powojenne życie mieszkańców Dolnego Śląska. Łukasz zaczął je skanować i publikować w internecie. Wtedy, ludzie zarówno stąd, jak i z drugiego końca Polski, zaczęli rozpoznawać na nich siebie oraz swoich bliskich. Cała miejscowość zaczęła tym żyć. A my postanowiliśmy to nakręcić. Do Walimia przyjeżdżali dziennikarze, na deski wałbrzyskiego teatru trafiła sztuka inspirowana tą historią. To czekające na strychu pudełko z kliszami było taką sentymentalną bombą zegarową, którą kilkadziesiąt lat wcześniej nastawił Filip Rozbicki – powojenny organista i fotograf-amator.

* Obecnie realizujecie wspólnie film „Powiernik”. O czym jest ta historia?

– To film o ludziach, którzy od wielu, wielu lat chowają w sercach tajemnice. Te sekrety, niedomknięte sprawy, jak drzazgi nie dają o sobie zapomnieć. Tytułowy Powiernik zdejmuje z nich te brzemiona i dopisuje ostatnie strony w ich historiach. Łukasz natrafił między innymi na listy miłosne sprzed 70 lat, pisane przez Gerharda Dintera do ukochanej Edith Bittner. Postawił odszukać kochanków, a trop zaprowadził go do zachodnich Niemiec. Z kolei węgierski Żyd Lajos Erdelyi powierzył Łukaszowi spełnienie niezwykłego życzenia – ten były więzień filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen pragnął, aby 49 dramatycznych szkiców narysowanych przez jego współwięźnia wróciło w Góry Sowie. Przemierzyliśmy z naszą ekipą tysiące kilometrów, wciąż odkrywając nowe wątki i poznając skomplikowane, ludzkie historie. To ogrom ciężkiej pracy, ale postanowiliśmy z Łukaszem zrezygnować z pobierania wynagrodzenia, ponieważ cały wysiłek i każdy grosz poświęcamy na domknięcie historii, które znajdą się w naszym filmie.

*  Kiedy będziemy mogli zobaczyć ten film?

– Prace musimy zakończyć najpóźniej w czerwcu, żeby premiera międzynarodowa mogła odbyć się jesienią w ramach jednego z zagranicznych festiwali filmowych. Wówczas odbędą się także pokazy w Polsce – za sprawą prezydent Beaty Moskal-Słaniewskiej film będą mogli zobaczyć także mieszkańcy Świdnicy. Ostatnie dogrywki jeszcze przed nami, ale już teraz mogę zapewnić, że świdniczanie zobaczą znajome miejsca. Na ten moment jedyną rzeczą, która nas wstrzymuje, jest zagrożenie epidemiczne – koronawirus staje nam zresztą na drodze po raz drugi. W ubiegłym tygodniu przyjechaliśmy z Łukaszem do Świdnicy na spotkanie z młodzieżą szkolną. Bardzo się na nie cieszyliśmy, ale okazało się, że ze względu na bezpieczeństwo, musimy je przesunąć na inny termin.

* Reżyseruje Pan także film z udziałem Romana Polańskiego i Ryszarda Horowitza. Przybliży nam Pan, o czym jest ten projekt?

– Nie wszyscy wiedzą, że Roman Polański i Ryszard Horowitz poznali się w krakowskim getcie. Wraz z moją współproducentką, Anną Kokoszką-Romer, postanowiliśmy pokazać dzieciństwo i młodość zdobywcy Oscara oraz światowej sławy fotografa. Chcieliśmy zrozumieć, co ukształtowało tę dwójkę przyjaciół. Pan Horowitz jest jednym z najmłodszych ocalonych przez Oskara Schindlera i jednym z najmłodszych, którzy przeżyli niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. Pan Polański przetrwał Holocaust, ukrywając się na wsi pod Krakowem, gdzie cierpiał głód. Dach nad głową zapewniała mu uboga, polska rodzina. Co ciekawe, dwukrotnie po zakończeniu wojny pan Polański przyjeżdżał na tę wieś, chcąc zobaczyć ludzi, dzięki którym przetrwał wojnę. Niestety, rodziny już tam nie było i żaden z mieszkańców nie wiedział, gdzie wyjechała. Wspólnie z Anią kilka lat szukaliśmy jakichkolwiek śladów, dysponując wyłącznie nazwiskiem „Buchała”. W końcu udało nam się dotrzeć do wnuka gospodyni, a zarazem syna przyjaciela pana Polańskiego z tamtego czasu. Kręcąc film, doprowadziliśmy do spotkania reżysera z potomkiem ludzi, którzy go ukrywali. Okazało się, że pan Stanisław ma nawet czarno-białe fotografie swojej rodziny oraz odręczny list napisany przez babcię do jego ojca. Pan Polański przeczytał go stojąc w miejscu, w którym mieszkał ponad 70 lat wcześniej…

* Jakie to uczucie rejestrować i opowiadać widzom historię wielkiej osobistości kina, jaką niewątpliwie jest Roman Polański oraz utalentowanego i cenionego na świecie fotografia, Ryszarda Horowitza?

Życiorysy obu bohaterów bardzo trudno w całości zmieścić w filmie. Proszę wyobrazić sobie, jak wiele przeżyli: dzieciństwo w getcie, trauma wojny, głód, emigracja, ale i międzynarodowe sukcesy, nagrody oraz światowe uznanie. Dla mnie niezwykłe było to, że po wielu latach, pomimo często bardzo trudnych doświadczeń, obaj są bardzo pogodni. Obserwując ich w różnych sytuacjach i nastrojach – na przykład kiedy spacerują ulicami miasta nucąc „Tę ostatnią niedzielę”, gdy wzruszają się, wchodząc po raz pierwszy od lat do swoich niegdysiejszych domów, albo jak wspólnie żartują lub spierają się – trudno było nie odnieść wrażenia, że ci przyjaciele pozostali sobą, że wciąż są chłopcami z krakowskiego getta.

Foto: Joanna Banachowicz

Leave a Reply

Zobacz również