dyrygentmarta monetaświdnica

Marta Moneta: bez muzyki nie potrafię funkcjonować

Niezwykle skromna, wrażliwa, pogodna. Z sukcesem zaraża swoich uczniów miłością do muzyki. Z jeszcze większym prowadzi dwa chóry i dwa zespoły wokalne. Marta Moneta, świdnicka dyrygent, nauczycielka w klasie fortepianowej i chóralnej Szkoły Muzycznej, o kilku lat udowadnia, że muzyka klasyczna jest fascynująca i na pewno nie jest nudna.

* Pamięta Pani, kiedy zaczęła się Pani fascynacja muzyką? Czy już jako mała dziewczynka asystowała Pani mamie w czasie gry, czy zaczęło się to później?

– Odkąd pamiętam, muzyka była dla mnie bardziej czymś naturalnym i normalnym, niż fascynującym. Pierwsze wspomnienia to Mama, grająca na pianinie piosenki z mojego ulubionego zbioru i mała, śpiewająca ja. Kiedy miałam niecałe trzy lata, po raz pierwszy wystąpiłam publicznie, śpiewając w naszej Szkole Muzycznej kolędę „Wśród nocnej ciszy”. Później pamiętam Mamę, grającą w kościele na organach i pięcioletnią mnie, wspinającą się na ławkę organową, obserwującą klawiaturę i śpiewającą psalmy.

* Czy decyzja o tym, by zapisać się do szkoły muzycznej, była w pełni Pani decyzją czy może ktoś Panią do tego namawiał? 

– Tego momentu wprawdzie nie pamiętam dokładnie, ale jestem pewna, że nikt mnie nie namawiał od początku lubiłam śpiewać i chciałam grać, więc szkoła muzyczna była najlepszym miejscem, żeby rozwijać muzykalność.

* Kiedy przyszedł ten moment, kiedy poczuła Pani, że to właśnie muzyka może być Pani sposobem na życie?

– Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tym pytaniem, zrozumiałam, iż bardziej odczuwalny był dla mnie moment zrozumienia, że jednak bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Zaraz po zdaniu matury i jednoczesnym ukończeniu Szkoły Muzycznej II stopnia w Wałbrzychu zdecydowałam, że kończę przygodę z muzyką i poszłam na studia na Politechnikę Wrocławską. Po dwóch trudnych latach zrozumiałam, że nie jest to moje miejsce… Dzięki zrozumieniu i ogromnemu wsparciu rodziny, przyjaciół oraz życzliwym podpowiedziom znajomych muzyków, zamiast pisać kolejne egzaminy, z duszą na ramieniu pojechałam na egzaminy wstępne na warszawski Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina, i ku swojemu zdumieniu, zdałam bez najmniejszego problemu. Drugim przełomowym momentem były pierwsze dni w stolicy, gdzie nie miałam nikogo znajomego i we wszystkim byłam zdana sama na siebie. Pamiętam, jak jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego wybrałam się do księgarni muzycznej, kupiłam płytę z nagraniami Palestriny (m.in. z moją ukochaną „Missą Papae Marcelli”) i słuchając jej w pokoju w akademiku pierwszy raz poczułam, że jestem w dobrym miejscu na ziemi. Każdy kolejny dzień przez pięć lat studiów tylko mnie w tym utwierdzał, a choć nie mogę powiedzieć, że zawsze było łatwo, nigdy nie żałowałam dnia, w którym (wprawdzie przez łzy strachu i niepewności) powiedziałam: „tak, chcę jechać na studia do Warszawy”.

* Przez kilka lat mieszkała Pani w Warszawie, a jednak zdecydowała się Pani wrócić do Świdnicy. Dlaczego?

– Decyzja nie była łatwa, długo się wahałam – tam miałam pracę, widziałam możliwości, jakie daje to miasto… Ale wróciłam, bo to właśnie tu w Świdnicy, przez cały okres studiów, prowadziłam zespół wokalny, który pięknie się rozwijał i dla którego warto było to zrobić. Pamiętam, jak pani promotor, zobaczywszy na moim recitalu dyplomowym, jak bardzo wspiera mnie rodzina i chórzyści, którzy przyjechali specjalnie na koncert, zapytała przy rozmowie o planach na przyszłość: „I pani chce ich zostawić?” Na tak postawione pytanie była tylko jedna, natychmiastowa odpowiedź: „No nie chcę…”

* Uczy Pani w szkole muzycznej. Czy zainteresowanie muzyką wśród młodzieży rośnie, maleje. Jak to wygląda?

– Na podstawie pracy tylko w szkole muzycznej ciężko to stwierdzić, zwłaszcza, że jestem młodym nauczycielem i nie mam porównania, jak było dziesięć, czy dwadzieścia lat temu. Uczyłam jednak również w różnych szkołach ogólnokształcących i wydaje mi się, że jeśli chodzi o muzykę ogólnie, to zainteresowanie po prostu dynamicznie się zmienia. W dobie cyfryzacji i internetu, gdzie tak naprawdę mamy nieograniczony dostęp do każdego rodzaju muzyki, młodzież nie ma problemu z wyszukaniem czegoś dla siebie. Moim zdaniem, gorszym zjawiskiem jest masowość, nie zawsze idąca w parze z jakością. Często pierwszym kryterium odbioru nagrania jest ilość lajków/ subskrypcji. W związku z rozwojem technologii zmienia się również sposób odbioru muzyki przez młodzież – samo słuchanie to często za mało, najlepiej, jeśli jest obecny również obraz. Osobiście przekonałam się, że np. zamiast odtworzenia Rapsodii Węgierskiej nr 2 Liszta, lepiej jest pokazać fragment kreskówki, w której ukazane są różne perypetie, związane z koncertowym wykonaniem utworu (co przy okazji udowadnia, że tzw. muzyka „klasyczna” wcale nie jest nudna i „nieżyciowa”).

* Jest Pani także dyrygentem i prowadzi na co dzień chór. Czy może Pani przedstawić nam jego członków i zdradzić receptę na sukcesy, jakie razem odnosicie?

– W zasadzie obecnie prowadzę dwa chóry i dwa zespoły wokalne, i na podstawie rozmaitych, wieloletnich obserwacji różnych, fantastycznie działających zespołów, dyrygentów oraz własnych dotychczasowych doświadczeń wydaje mi się, że recepta na sukces jest jedna: zdolni chórzyści – pasjonaci, dyrygent – nauczyciel i dużo wspólnej, ciężkiej pracy, żeby wzajemnie się rozwijać! Jeśli chodzi o mój chór, działający na co dzień przy świdnickiej katedrze, to jest to zespół wspaniałych, dynamicznych ludzi, z niezwykłym poczuciem humoru, którzy kochają śpiewać i przede wszystkim chcą się rozwijać, żeby ciągle było coraz lepiej. O zapale zespołu do pracy i efektach tego najlepiej świadczy fakt, iż po około roku wspólnej pracy, w październiku 2019 r. pojechaliśmy na Festiwal Muzyki Chóralnej im. Mikołaja Zieleńskiego do Łowicza, z którego wróciliśmy z dwoma Złotymi Pasmami (odpowiednik pierwszego miejsca w kategorii zespoły wokalne i chóry mieszane). Obecny skład powstał z rozszerzenia aktywnie działającego, kilkunastoosobowego zespołu wokalnego, z którym pracowałam przez kilka lat, do czego bardzo przyczynił się projekt Chóru Społecznego przy Festiwalu Bachowskim, który miałam zaszczyt prowadzić przez ostatnie cztery edycje. Niektórzy chórzyści, dowiadując się, że na stałe prowadzę w Świdnicy chór, pytali, czy mogą dołączyć i chodzić na próby regularnie, moi chórzyści z kolei zachęcali do śpiewania swoich znajomych, co zaowocowało znacznym powiększeniem składu, ale absolutnie nie ostatecznym. Korzystając z okazji wspomnę, że z radością powitalibyśmy w naszym gronie alty, tenory i basy!

* W sobotę 4 lipca wystąpi Pani ze swoim bratem Jakubem podczas koncertu w katedrze. Dotychczas występowaliście raczej  osobno, a na pewno nie stawała Pani w roli wokalistki. Skąd taki pomysł?

– Z Kubą już dość długo razem gramy i śpiewamy w ramach uczestnictwa w liturgiach, jak również nieraz akompaniował on mojemu chórowi podczas uroczystości katedralnych lub koncertów, więc wspólne muzykowanie jest dla nas czymś naturalnym. Ostatnio przypomniałam sobie, że w zasadzie przecież od zawsze lubiłam śpiewać, a poza tym, jeśli uczę moich chórzystów, jak śpiewać, występować, to sama powinnam umieć zmierzyć się z takim wyzwaniem, żeby jeszcze lepiej rozumieć i potrafić pomóc rozwijać im swoje umiejętności.

* Jak wyglądały przygotowania? Czy były trudne?

– Przygotowania do występu w duecie to sama przyjemność. Kuba jest już świadomym muzykiem, który potrafi słuchać i współpracować, więc tak naprawdę pracowaliśmy nad jak najlepszym zgraniem się w czasie i przestrzeni.

* Jakie ma Pani plany na najbliższą przyszłość? Jakie cele przed sobą Pani stawia?

– Ostatni czas pokazał, że plany są rzeczą względną i nie zawsze ich realizacja zależy od nas samych… Mam marzenia na przyszłość o różnych koncertach, czy nawet jedno nieśmiałe o wyjeździe z chórem na konkurs, ale pracując w miarę możliwości nad ich realizacją będę pamiętać, że to właśnie czas pokaże, czy są one możliwe do spełnienia. Cel, który jest dla mnie bardzo ważny i nad osiągnięciem którego mogę cały czas pracować, to nieustanny rozwój siebie jako nauczyciela, akompaniatora, dyrygenta i człowieka. Moi wspaniali profesorowie, zarówno od dyrygentury, jak i fortepianu, nauczyli mnie przede wszystkim jednej, najważniejszej rzeczy: „Nie marnuj czasu – ćwicz!”

Dodaj komentarz

Zobacz również