historiaŁukasz KazekPowiernikświdnica

Łukasz Kazek: odgrzebuje wciąż żywe historie… póki jeszcze nie zginęły

Riese i cała Kraina Sowiogórskich Tajemnic pochłania go dogłębnie od 20 lat. Badacz czasów,
w których w naszym regionie swoje kwatery miał Adolf Hitler, odkrywca mumii Karla von Zedlitz (pomysłodawcy matury), ambasador Muzeum Historii Polski na Dolny Śląsk, popularyzator wiedzy  historycznej, twórca stałej wystawy „Powojenny Walim” śladami Filipa Rozbickiego, autor książki „Faszystowska mać!” i wielu innych publikacji, a także współautor programów i filmów dokumentalnych. W lutym podczas spotkania autorskiego w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Świdnicy mogliśmy obejrzeć jeden z nich – „Ludzie z klisz”. Była to okazja do pytań i rozmów z niezwykłym człowiekiem pełnym pasji, ciekawości i zaangażowania, jakim jest Łukasz Kazek.

*„Ludzie z klisz”, w reżyserii Mateusza Kudły, to fantastyczny projekt i piękna idea. Dokument zdobył nagrodę Gold Plaque na 53. Międzynarodowym Festiwalu Telewizyjnym
w Chicago i Złotego Delfina na festiwalu produkcji filmowych Corporate Media & TV Awards w Cannes. Odwiedza Pan z nim różne miejsca, teraz także Świdnicę. Jak reagują ludzie – Ci młodsi i Ci starsi – na tę projekcję, która jest swoistą podróżą do przeszłości?

– Odbiorcy wzruszają się, wpadają w zadumę. Tych młodszych film inspiruje do dalszego poznawania historii naszych ziem, dla innych jest lekcją. Są to różne, ale pozytywne reakcje. Takie same, jakie towarzyszyły bohaterom tego dokumentu, kiedy pukałem do ich drzwi, by wręczyć im fotografie, na których mogli rozpoznać siebie samych sprzed dziesiątek lat. Niestety, zmarł właśnie kolejny mieszkaniec Walimia, którego mogliśmy poznać za pośrednictwem „Ludzi z klisz”. Dlatego tym bardziej cieszę się, że się udało – że zdążyłem z większością tych osób porozmawiać.

* W „Ludziach z klisz” pojawia się Świdnica. Obecni na spotkaniu w bibliotece od razu ją rozpoznali. Zostało jeszcze 70 ze 120. rolek klisz do zeskanowania, odnalezionych po ponad 70. latach. Co w sobie skrywają? Czy możemy spodziewać się jeszcze jakiegoś nawiązania do naszego miasta?

– Rzeczywiście publiczność natychmiast żywiołowo zareagowała na zdjęcie wykonane na tle Świdnicy. Mogę zdradzić, że w pozostałych  kliszach rozpoznałem to miasto jeszcze na jednej fotografii. Miejscem ze zdjęcia Filipa Rozbickiego jest plac Grunwaldzki. Widać na nim plakat zapowiadający premierę filmu „Krzyżacy”. Mogę również obiecać, że jeśli obrazów, na których się pojawia stolica powiatu świdnickiego, będzie więcej, przekażę je miastu na pamiątkę.

Na stronie internetowej filiprozbicki.pl na bieżąco uzupełniane są prace walimskiego amatora fotografii. Zapraszam do zaglądania na nią – być może ktoś ze zdjęć rozpozna swoich bliskich.
Cały czas brakuje nam informacji na temat niektórych osób. Wśród nich jest na przykład młoda para stojąca z gronem gości weselnych przed kościołem św. Jadwigi w Walimiu. Tak więc proces ustalania tożsamości „Ludzi z klisz” cały czas trwa.

* Za to skończyliście Panowie pracę nad kolejnym filmem dokumentalnym. Jego premiera zapowiadana była na grudzień 2019 roku, ale prawdopodobnie poczekamy na nią jeszcze do jesieni. Z czego wynika to opóźnienie?

– „Powiernik” to film, którego robimy razem z reżyserem Mateuszem Kudłą bez wsparcia ze strony telewizji, za własne i zebrane na ten cel pieniądze – nie mamy z tego tytułu żadnych gratyfikacji. Pokaz planujemy na jesień tego roku. Premiera odbędzie się w Walimiu, a pokazy przedpremierowe w Warszawie w Muzeum Powstania Warszawskiego, we Wrocławiu, w Krakowie i w miastach, które nas wparły, tj. w Nowej Rudzie czy w Świdnicy. Film ma za zadanie promować Dolny Śląsk i jego historię. Chcemy wysłać go na 40. różnych festiwali filmowych. To one dyktują warunki, tak więc póki co dokument nie może się nigdzie ukazać. Jednak nie ma tego złego, ponieważ pojawiły się plany dogrania istotnej sceny.

*Świdnica również wsparła „Powiernika”? O jakiej scenie mowa?

– Film właściwie był gotowy. Jednak zależy nam, aby znalazła się w nim jeszcze jedna bardzo poruszająca historia. Pani prezydent Beata Moskal-Słaniewska obiecała wsparcie na dogranie tych ujęć. Dotyczyć one będą mleczarza niemieckiego pochodzącego z Wustewaltersdorf (dziś Walim), który sfałszował kartki na mleko, na czym został złapany i skazany na 6 miesięcy obozu koncentracyjnego za zdradę Führera i III Rzeszy. Człowiek ten nie wytrzymał, wyciągnął sznurówki z butów i powiesił się w areszcie gestapo, który był w Wałbrzychu. Część jego żyjącej rodziny do dziś rodziny uważa, że postąpił honorowo, druga część, że zdradził wodza i Rzeszę i powinien iść do obozu…. Dzięki gestowi prezydent Świdnicy dogramy te sceny. Co więcej, myślę, że będzie jeszcze okazja, by zawitać do Świdnicy z kamerą.

*„Powiernik” ma zupełnie inny charakter niż „Ludzie z klisz”. Zdradzi nam Pan więcej na ten temat?

– Ma inny inny charakter i inny motyw. W „Ludziach z klisz” tematem przewodnim były zdjęcia
i klisze ukazujące lokalną codzienność powojenną. Z „Powiernikiem” odbędziemy podróż przez 5 krajów: Słowację, Austrię, Polskę, Niemcy i Węgry. Podczas niej odnajdziemy ludzi w różny sposób związanych z Dolnym Śląskiem. Tutaj głównym tematem są rodzinne pamiątki, które po latach wracają do właściwych rąk. Poszukujemy autorów listów miłosnych z Nowej Rudy, jakimi są Edith i Gerhard. Nawiązujemy do historii węgierskiego Żyda, autora 49. szkiców prezentujących sylwetki więźniów, w tym tych z filii KL Gross-Rosen w Górach Sowich. Dziś te rysunki stanowią stałą wystawę w sztolniach walimskich. „Powiernik” spełnia marzenia, ale też wyciąga tajemnice, które skrywają ludzie.

* W „Ludziach z klisz” wracał, odwiedzał Pan swoich znajomych z podwórka. W „Powierniku” kontaktował się Pan z zupełnie obcymi ludźmi, w obcym języku. Jakie towarzyszyły Panu przy tym emocje i uczucia?

– Faktycznie, w „Ludziach z klisz” wszystko było takie namacalne. Nie było to zadanie jakoś mocno trudne. Znam tych ludzi, ich ciocie i wujków, koleżanki czy babcie… Natomiast „Powiernik” to wyzwanie. To dzieło życia, podsumowanie ostatnich 20. lat mojej działalności badawczo-historycznej. Pojechanie do ludzi, którzy jeszcze żyją i mają szansę odebrać przedmioty, których są prawowitymi właścicielami. Kręcenie zajęło nam dwa lata. Niestety, wiele osób nie doczekało tego dnia.

*Jak sobie Pan radzi z historiami z tak trudnego czasu, jakim była II wojna światowa.

– Zawsze podchodzę z olbrzymią pokorą do przeszłości i historii. Szczególnie do wspomnień ludzkich… Myślę, że już wszystko jasne. Jak ktoś przeczyta moją książkę „Faszystowska mać!”, będzie wiedział, o co mi chodzi.

* Co będzie pańskim kolejnym wyzwaniem? Czemu teraz planuje się Pan poświęcić?

– Poznałem bardzo ciekawego człowieka. Powiedział mi, że jest wnukiem i synem morderców… Że jest wnukiem gauleitera niemieckiego, a synem żołnierza SS i chciałby o tym wszystkim opowiedzieć. Spotkanie go było zupełnym przypadkiem. Zwiedzał pałac w Jedlince.
Ta osoba nosi w sobie potężną traumę, od której nie może się uwolnić. Pamięta, kiedy po wojnie aresztowano jego ojca, tatuaż pod lewym ramieniem, mieszkanie po zagazowanej rodzinie żydowskiej… Chcemy razem z Mateuszem opowiedzieć to, przekazać.

*Zmieniając temat na lżejszy. Jest Pan inicjatorem wspaniałomyślnej akcji dla bibliotek w całym powiecie wałbrzyskim. Co miesiąc Pan i cały wianuszek innych ludzi przekazujecie do tych placówek nowości wydawnicze. Czy coś zasiliło świdnicką placówkę?

– Akcja obejmuje 8 gmin powiatu wałbrzyskiego. Do każdej z bibliotek trafiają nowości z rynku wydawniczego. Niektóre mają nawet specjalne, personalizowane dedykacje. W ten sposób wspomagamy czytelnictwo, co przyczynia się w jakimś stopniu do rozwoju edukacji. Świdnickiej czytelni przekazałem album „Ludzie z klisz”.

*Jako znawcy historii naszego regionu, nie mogę Pana nie zapytać, jakie ma Pan zdanie na temat słynnego Złotego Pociągu.

– Według mnie wszystko, co mamy wkoło – zabytki, architekturę, krajobrazy, pałace, zamki – to wszystko – to jest złoty pociąg. Jest tego bardzo dużo – odnajdywane przypadkowo porcelany, biżuterie, srebra, monety – to jest tym złotym pociągiem, który regularnie przyjeżdża i ciągle odkrywa przed nami kolejne skarby.

*Mówiąc wprost – sądzi Pan, że Złoty Pociąg to mit?

– Uczestniczyłem w dużym researchu na ten temat. Zbiórki depozytów we Wrocławiu nie było. Cała ta opowieść wyszła od Herberta Klose – SS-mana niemieckiego. Wymyślił ją, by wygrać swoje życie przed śmiercią z rąk komunistów. Dzięki temu dożył spokojnej starości. Erik Koch postąpił podobnie z bursztynową komnatą. To kontrowersyjne, ale tak właśnie uważam.

Marlena Mech

foto: Krysia Lemańska

Dodaj komentarz

Zobacz również