dziki chórKatarzyna Szymko-Kawalecświdnica

Katarzyna Szymko – Kawalec: uwielbiam łamać przyjęte powszechnie stereotypy

Skromna, wrażliwa i niezwykle utalentowana. Już od najmłodszych lat próbowała komponować muzykę. Uwielbia uczyć najmłodszych, ale też uważa, że na muzyczną przygodę nigdy nie jest za późno. Katarzyna Szymko – Kawalec – twórczyni, dyrygent i prowadząca świdnicki Dziki Chór, z którym osiąga ogromne sukcesy, opowiada o początkach swojej miłości do muzyki.

Jak zaczęła się Pani przygoda z muzyką? Czy już jako mała dziewczynka podrygiwała Pani w rytm piosenek, czy ta miłość zrodziła się z czasem? Jak to było?

Podrygiwania w rytm piosenek nie pamiętam, ale mając zaledwie kilka lat podejmowałam pierwsze próby kompozytorskie. Wiem o tym, bo taka adnotacja widnieje w moim dziecięcym pamiętniku! I nawet pamiętam tytuł tej kompozycji. Możliwe więc, że coś było na rzeczy już od najmłodszych lat, choć przyznam, że ani ja ani nikt z mojego otoczenia nie postrzegał mnie wtedy jako osoby w szczególny sposób „utalentowanej”. Ja myślę, że większość dzieci jest utalentowana, pozostaje jednak kwestia rozwijania pasji i konsekwentnej pracy w tym zakresie. A taką pracę umożliwiła mi nauka w Szkole Muzycznej w Gorzowie Wlkp., w której rozpoczęła się moja muzyczna przygoda. Większość osób naprawdę nie zdaje sobie sprawy, że nauka w takiej szkole to nie kwestia talentu, ale głównie ciężkiej pracy i niezliczonych godzin ćwiczeń na instrumencie. Prawdziwa pasja i miłość przyszły dużo później. Zresztą wydaje mi się, że cały czas je odkrywam i ciągle pojawiają się nowe rzeczy i muzyczne wyzwania, które mnie fascynują. Po tylu latach moje poznanie muzycznego świata, jego świadomość, a także możliwość odczuwania są dużo głębsze. Pełniejsze.

Kiedy poczuła Pani, że muzyka może być sposobem na życie?

Pod koniec szkoły średniej, kiedy trzeba było zacząć zastanawiać się, co dalej, wybrać jakiś kierunek – przyszedł jeden z decydujących momentów. Pamiętam, że to było podczas jednej z prób gorzowskiej orkiestry, w której miałam wtedy przyjemność grać. Dotarło wtedy do mnie, że nie chcę wykonywać pracy siedząc za biurkiem przez osiem godzin. Że to czego doświadczam grając w orkiestrze i tworząc muzykę jest tak niezwykłe i poruszające, że chciałabym by to właśnie wypełniało moje życie. O uczeniu innych nie myślałam wtedy w ogóle i jeszcze długie lata potem – też nie. Po studiach z dyrygentury symfonicznej w Poznaniu zaczęłam jednak pracę w Szkole Muzycznej w Gorzowie Wlkp. – moim rodzinnym mieście. I tam wśród tych młodych, wspaniałych ludzi odkryłam jak niezwykłe jest dzielenie się swoją pasją i ukazywanie innym ich możliwości. Bo na tym właśnie polega dla mnie dobra edukacja – stworzyć takie warunki, by uczniowie mogli się rozwijać. Pamiętam wszystkich swoich uczniów bardzo dobrze, zresztą z wieloma z nich mam kontakt. Od tego czasu nie przestałam już uczyć, a kiedy później zupełnie przypadkiem natrafiłam na teorię uczenia się muzyki E. Gordona, według której pracuję – edukacja muzyczna pochłonęła mnie bez reszty. Czasami mam wrażenie, że nawet za bardzo, bo jednak jestem muzykiem i bardzo ważne jest dla mnie również spełnienie artystyczne na scenie.

Uczy Pani zarówno dorosłych, jak i dzieci. Która z tych ról przysparza więcej satysfakcji?

Uwielbiam uczyć dzieci – każde jest inne i bardzo wyjątkowe, wszystkie są na swój sposób bardzo wrażliwe w kontekście muzyki. A najcudowniejsze jest to, jak bardzo naturalnie i prosto potrafią przyswajać sobie muzyczny język. Zwłaszcza te naprawdę najmniejsze – kilkumiesięczne. I robią to z tak niezwykłą łatwością! Zaskakuje mnie to ciągle nawet po tylu latach pracy. Ale uwielbiam uczyć też dorosłych, bo im nie przychodzi to aż tak łatwo, co stanowi większe wyzwanie. Uwielbiam łamać przyjęte powszechnie stereotypy: że się nie da, że już za późno, że jestem za stary, że słoń mi na ucho nadepnął. Mamy tak fatalną edukację muzyczną na poziomie ogólnokształcącym, że takie stwierdzenia z ust osób dorosłych są dla mnie w pełni zrozumiałe. Niemniej głęboko wierzę, że muzyka jest dla wszystkich bez wyjątku. I jestem przekonana, że każdego kto tego chce, jestem w stanie nauczyć. Potrzeba tylko konsekwencji, czasem więcej lub mniej czasu. Trzeba jednak wiedzieć jak uczyć dorosłych. A ja to wiem i uwielbiam z nimi pracować. Uczenie dorosłych jest chyba mniej popularne i wydawało by się trudniejsze – ale ja naprawdę lubię to robić.

Jak to się stało, że trafiła Pani do Świdnicy?

Mój mąż pochodzi ze Świdnicy. Ja bardzo nie chciałam opuszczać mojego rodzinnego Gorzowa – tam planowałam osiąść na stałe. Kiedy się przeprowadzaliśmy do Świdnicy, byłam w drugiej ciąży, a w Świdnicy nie znałam zupełnie nikogo. Zostawiłam za sobą moją satysfakcjonującą nauczycielską pracę w szkole i orkiestrę szkolną, akurat otwierano Filharmonię Gorzowską. Jednak względy rodzinne zadecydowały o przeprowadzce, choć początkowo miało to być tylko rozwiązanie tymczasowe. Chcąc dzielić się tym, co wiem, założyłam Muzazę – Kreatywną Edukację Muzyczną i zaczęłam prowadzić zajęcia w świdnickim przedszkolu Abrakadabra dzięki wsparciu i uprzejmości tamtejszej dyrekcji. Muzaza z każdym rokiem rozwijała się bardziej, aż w końcu miałam coraz więcej pracy i ani się nie obejrzałam, a zadomowiłam się tutaj. Z żalu za swoim rodzinnym Gorzowem na początku nie chciałam zauważyć, że Świdnica to piękne, bardzo zadbane miasto, w którym bardzo dużo dzieje się kulturalnie. Mamy bardzo prężnie działający Ośrodek Kultury i bardzo wspierające władze. Mieszkają tu też wspaniali ludzie. Teraz już to wiem, bo poznałam wielu wspaniałych świdniczan. Tu wychowują się moje dzieci, powstała Muzaza, w której do dzisiaj nauczam muzyki świdnicką społeczność. Zaczynałam od maluszków, a teraz coraz więcej dorosłych przychodzi do nas na naukę. Tu powstał mój Dziki Chór. Mamy tu wielu oddanych przyjaciół i przepiękny widok na góry z naszego domu w Witoszowie. Nie planuję żadnej przeprowadzki. Choć zajęło mi to chwilę – wiem, że jestem w dobrym miejscu.

Jest Pani twórcą, dyrygentem i prowadzącą Dziki Chór. Skupia on osoby pracujące w różnych branżach i którego zazdroszczą nam inne miasta. Chór, który czerpie ogromną radość ze śpiewania i doskonale się ze sobą bawi. Skąd pomysł na taką działalność?

To prawda – chór tworzą niezwykli ludzie, którzy na co dzień robią bardzo różne rzeczy nie związane z muzyką. Ale to właśnie muzyka bardzo nas wszystkich zespala. Pomysł na tę działalność zawdzięczamy Świdnickiemu Ośrodkowi Kultury, w którym już wcześniej funkcjonował zespół chóralny. Ponieważ osoby, które śpiewały wcześniej w tym zespole zgłaszały potrzebę i chęć dalszego śpiewania – postanowiono taki zespół stworzyć na nowo i na początku 2019 roku pojawiło się ogłoszenie na prowadzącego chór. Początkowo zastanawiałam się, czy to na pewno coś dla mnie, bo jednak dyrygenci symfoniczni zdecydowanie wolą pracować z instrumentami niż z wokalami. Jednak w pewnym momencie mojego zawodowego życia moja działalność edukacyjna zajęła bardzo dużo miejsca. Zapewne wiązało się to z faktem wychowywania moich własnych dzieci. Ale to właśnie dyrygentura i chęć prowadzania zespołów, orkiestr od zawsze była tym, czym chciałam się tak naprawdę zajmować. Stąd też kierunek studiów, które ukończyłam na Akademii Muzycznej w Poznaniu – dyrygentura symfoniczna i operowa. W pewnym momencie zaczęło mi tego naprawdę brakować. Przemyślawszy sprawę jeszcze raz sprawę pomyślałam, że mogłabym przy wsparciu ŚOKu stworzyć ciekawy duży zespół, który z jednej strony wzbogaciłby amatorski ruch muzyczny w mieście, a mi pozwoliłby wrócić do tego co kocham, czyli do dyrygowania, komponowania i powrotu na scenę. Teraz kiedy prowadzę tak fantastyczny chór zastanawiam się, czy nie przydałaby się do niego jakaś świdnicka orkiestra. Kto wie? To byłby ciekawy projekt i na pewno wspaniała rzecz mieć w mieście takie zespoły.

Kiedy ogłoszono nabór do chóru, spodziewała się Pani aż takiego sukcesu? Pamięta Pani pierwsze spotkania?

Od początku bardzo chciałam stworzyć duży zespół chóralny i zupełnie inny niż te istniejące. Ale nie ukrywajmy – „śpiewanie w chórze” to nie jest slogan, który przyciąga tłumy. Chór kojarzy nam się z profesjonalnym śpiewem w czterogłosie, głównie podczas uroczystości kościelnych lub prezentującym poważny repertuar muzyki klasycznej. Takich zespołów chóralnych jest najwięcej i w Świdnicy – choć nieco mniejsze – również takie funkcjonują. Nie chciałam kolejnego takiego zespołu. Szukałam osób, które chciałyby śpiewać, ale z różnych powodów nie dołączyły do istniejących już chórów. Zależało mi, żeby to był chór miejski, do którego mógłby przyjść każdy i żeby był to zespół śpiewający utwory głównie świeckie – pomijając może te z nurtu gospelowego, które bardzo lubię. Byłam przekonana, że chętnych do takiego śpiewania będzie w Świdnicy dużo. Ja uwielbiam śpiewać w chórach kościelnych, ale wiem też, że nie wszyscy chcą należeć właśnie do takich zespołów. Myślę, że w naszym społeczeństwie jest zdecydowanie za mało takich dużych, fajnych amatorskich zespołów. Postanowiłam też, że przyjmę wszystkich, którzy chcą śpiewać, bez żadnej selekcji, by pokazać że przy dobrym nauczaniu można dojść do tego punktu, w którym jesteśmy teraz. Że zamiast mówić – źle śpiewasz, można powiedzieć – nauczę cię, jak to zrobić. Ostatecznie razem z dyrekcją ŚOK obmyśliliśmy plan naboru do… dużego zespołu wokalnego! I to był strzał w dziesiątkę, bo chętnych było naprawdę sporo, a słowo „chór” nikogo nie odstraszyło. Pierwsze spotkanie pamiętam bardzo dobrze. Przyszło na nie około 40 osób. To był naprawdę ogromny sukces. I muszę przyznać, że choć kilka głosów dołączyło do nas w trakcie kolejnych naborów, które przeprowadzamy co jakiś czas – większość naszych chórzystów to właśnie Ci z pierwszego naszego spotkania. Teraz wszyscy chórzyści z dumą mówią o „chórze”, ale gdybym na pierwszym spotkaniu powiedziała: „Kochani! Robimy prawdziwy chór z sopranami, altami, tenorami i basami” – to myślę, że większość uciekłaby z krzykiem. Teraz to postrzeganie zespołu przez moich chórzystów oczywiście bardzo się zmieniło. Czy spodziewałam się sukcesu? Kiedy podejmuję się jakiegoś wyzwania – zawsze staram się robić to najlepiej jak mogę. Od długiego czasu naprawdę bardzo ciężko pracujemy. Nie wiem czy sukces da się zaplanować, ale to żeby zrobić dobry zespół i konsekwentnie go rozwijać – jak najbardziej tak. I mam ogromną nadzieję, że te sukcesy to tak naprawdę dopiero przed nami. Przeogromna praca, którą wykonaliśmy do tej pory naprawdę owocuje. A mamy mnóstwo pomysłów i dalszych planów. Oby sytuacja związana z pandemią jak najszybciej się unormowała i pozwoliła nam wrócić do normalnej pracy.

Co, według Pani, spowodowało, że chór odniósł taki sukces?

Myślę, że składa się na to dużo czynników. Atmosfera w zespole, miłość do muzyki, która nas wszystkich łączy. Szacunek, który mamy do siebie nawzajem, choć tak bardzo się wszyscy różnimy i robimy na co dzień zupełnie inne rzeczy. Ciekawy repertuar, ale też umiejętność muzycznego prowadzenia osób, które do tej pory nie miały do czynienia z dobrą edukacją muzyczną – o ile w ogóle jakąś miały. Nie można też nie wspomnieć o naszej integracji – wspólne wyjazdy, spotkania i imprezy. Od początku była to dla mnie bardzo ważna kwestia. Dobry zespół to taki, w którym ludzie chcą ze sobą przebywać i dobrze się razem bawią. Mają wspólne wspomnienia nie tylko związane z ciężką pracą i rozczytywaniem kolejnych utworów. To sprawia, że można osiągać więcej i czerpać radość z bycia ze sobą. Bo się po prostu chce. Bo to sprawia przyjemność. Ja już z radością myślę, o kolejnym naszym wyjeździe. I choć praca podczas niego przy prowadzeniu prób jest naprawdę ciężka, bo śpiewamy tam bardzo dużo – nie mogę się go doczekać! Przynależność do jakiegoś zespołu to tak naprawdę bardzo wyjątkowa sprawa i ogromny przywilej. Kto kiedykolwiek miał okazję być częścią takiego zespołu to zachowuje to w sercu do końca życia. Bo taki zespół staje się drugą rodziną. I kiedy ktoś poczuje taką przynależność – stara się wtedy jeszcze bardziej. Jak uda się coś takiego osiągnąć to każda ciężka praca staje się lżejsza, a przyjemność większa. Dojście do takiego punktu z zespołem to dla mnie największy i najważniejszy sukces.

W październiku została Pani laureatką nagrody za osiągnięcia w dziedzinie kultury. Co czuła Pani, odbierając tę nagrodę i co ona dla Pani znaczy?

Byłam bardzo zaszczycona, mogąc odebrać tak prestiżową nagrodę. Bardzo wiele ona dla mnie znaczy. Czuję, że to takie ukoronowanie wszystkich moich rozlicznych działań na terenie Świdnicy. W tym również koncertów gordonowskich dla najmłodszych, które cyklicznie organizujemy razem z Muzazą i przy wsparciu miasta Świdnicy i ŚOKu już od wielu lat. Tak jak pisałam wcześniej – stworzenie tak dobrze funkcjonującego i tak dużego zespołu jakim jest Dziki Chór poczytuję sobie za wielki sukces, a przez moją Muzazę przewinęło się już kilkaset dzieci, nie mówiąc o dorosłych, którzy też się u nas uczą. Dzięki tej nagrodzie poczułam, że moja praca została doceniona, więc rozpiera mnie szczęście i duma. Jestem ogromnie wdzięczna prezydent Beacie Moskal-Słaniewskiej za przyznanie tego wyróżnienia. A jednocześnie czuję ogromną motywację do dalszej pracy i kolejnych projektów.

Jakie ma Pani na przyszłość? Jakie wyzwania na Panią czekają?

Planów jest dużo – zobaczymy co uda się zrealizować w obecnej sytuacji. Jeśli chodzi o Dziki Chór to chcielibyśmy w końcu móc pokazać się świdnickiej publiczności po tak długiej przerwie. Pokazać, co udało nam się do tej pory zrobić i zaprezentować nowe napisane przeze mnie kompozycje. Bardzo chciałabym pokazać nasz zespół poza Świdnicą. A za jakiś czas marzy mi się nagranie płyt z naszym autorskim materiałem. Choć moi chórzyści uważają to za bardzo odważne plany – naprawdę wierzę, że uda je się zrealizować. Jeśli chodzi o moje bardziej prywatne działania – na pewno dalej chcę komponować. Może również nieco większe formy niż te chóralne. Dalej planuję rozwijać Muzazę – mam teraz fantastyczny zespół, który to bardzo ułatwia. Może więc w końcu pomyślę nad tą orkiestrą? Oczywiście dalej będę zajmować się propagowaniem dobrej edukacji muzycznej i teorii gordonowskiej jak najszerszym kręgom. Pracuję obecnie nad nowym projektem online i mam nadzieję, ze już niedługo będę mogła ten projekt Państwu przedstawić. Trzymajmy tylko kciuki, żeby wirusy tych planów nie pokrzyżowały.

foto: J. Kluka

Leave a Reply

Zobacz również