10. ŚDH MrówkojadyAndrzej Góralskiświdnica

Andrzej Góralski: harcerstwo jest wszystkim

Od 50 lat jest drużynowym 10. Świdnickiej Drużyny Harcerskiej „Mrówkojady”. Miewał krótkie przerwy, ale nigdy nawet nie przyszło mu na myśl, żeby pożegnać się z harcerstwem na dobre. Nawet z wojska kierował drużyną, wychodząc na cotygodniowe przepustki. Andrzej Góralski mógłby opowiadać o swojej drużynie i harcerstwie godzinami, bo to ono jest jego wielką pasją. I tak jak trudno sobie wyobrazić świdnicką drużynę bez Andrzeja Góralskiego, tak trudno byłoby Andrzejowi Góralskiemu żyć bez harcerstwa.

* 1 września minęło 50 lat od dnia, kiedy został Pan drużynowym „Mrówkojadów”. Ale przecież historia z harcerstwem zaczęła się wcześniej. Pamięta Pan, jak to dokładnie się zaczęło?

– Zaczęło się trochę przypadkiem. Mama była chora, czekała ją operacja kręgosłupa w Łodzi. Pół roku opiekował się mną tato, był wówczas dyrektorem Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Strzegomiu, ale coś trzeba było ze mną zrobić w wakacje. Miałem 8 lat. Wyjechałem na kolonię zuchową, wstąpiłem do drużyny zuchowej przy ówczesnej Szkole Podstawowej nr 10. I tak wakacyjna przygoda stała się przygodą na dłużej. Moja siostra również była harcerką, zabierała mnie później na biwaki, byłem wówczas na nich przedstawicielem zuchów. W tym okresie nawiązałem pierwsze kontakty z drużyną, w której obecnie jestem drużynowym. Potem zaliczyłem chwilę przerwy, ponieważ miałem chore kolano. Wróciłem w 1965 r.

* I związał się Pan z drużyną „Mrówkojadów” na dobre?

– Tak. W 1966 r. ukończyłem kurs przybocznych, w 1967 r. – zastępowych. Rok później skończyłem podstawówkę i zostałem przybocznym w tej drużynie. Moim pierwszym drużynowym był Ryszard Krawczyk, a przybocznym zostałem u jego brata Kazimierza Krawczyka. W 1970 r. zostałem drużynowym. Wtedy była to drużyna męska. W roku 1971/72 uczęszczałem do klasy maturalnej i planowałem pójść na studia. Przekazałem drużynę przybocznemu. Niestety, albo na szczęście, nie dostałem się na nie i wróciłem do drużyny. Okazało się, że podczas mojej nieobecności prawie rozpadła się. Zrobiłem nabór, ale nikt się nie zgłosił, mimo że z powodzeniem funkcjonowały cztery inne drużyny. Pożaliłem się dh. Annie Chomin ze świdnickiego hufca, że nie wiem, co zrobić. Poradziła mi, by iść do dyrektora szkoły, zapytać o najlepszą klasę czwartą, bo do tej drużyny mogą należeć dzieci w wieku 10-13 lat. Tak zrobiłem. Poszedłem do wskazanej klasy, opowiadałem o harcerstwie i zapytałem, kto się zgłasza do drużyny. Wszyscy podnieśli ręce. Do ósmej klasy z tej grupy przetrwało osiem osób. Od tamtej pory „Mrówkojady” były drużyną koedukacyjną.

* Nie odpuścił Pan nawet w wojsku…

Do wojska poszedłem w 1974 r., na szczęście do Strzegomia. Za pomoc strzegomskim harcerzom załatwiono mi cotygodniowe przepustki. Jeździłem co tydzień do Świdnicy na zbiórki i pilnowałem drużyny. Potem kończyłem szkołę podoficerską, a między zajęciami organizowałem biwaki. Po wojsku wróciłem. Raz po raz oddawałem stery przybocznym, ale czuwałem. 3 kwietnia tego roku drużyna skończyła 63 lata, z czego pod moimi skrzydłami jest 50 lat.

* Pamięta Pan wszystkich członków drużyny?

– Przeszło przez nią 1,5 tys. osób z całego powiatu, nie tylko Świdnicy. Wiele dziewczyn zostało nauczycielkami, np. Małgosia Czechowska, obecnie Komorowska uczy w SP 105. Teresa Dubel uczy w Pszennie. Mieliśmy świetnych ludzi, naprawdę. Pamiętam turniej wiedzy obywatelskiej o harcerstwie. Nagrodą był wyjazd do Francji. Trzy harcerki przyszły do mnie i mówią: „druhu jedziemy do Francji”. Wygrali konkurs i pojechali do Francji. Nasza drużyna dała początek wielu wspaniałym przyjaźniom, które trwają do dziś. Bywałem zapraszany na wesela, byłem świadkiem. Choć wiele osób wyemigrowało z Polski, rozjechało się po całym świecie, wciąż utrzymujemy kontakt. Na spotkania rocznicowe przyjeżdżają ludzie z wielu krajów.

* Rodzinę też Pan wciągnął w harcerstwo.

– Tak wyszło. Żona prowadziła drużynę. Syn, obecnie 40-letni, pierwszy raz był na obozie, gdy miał 1,5 roku. Córka tak samo. Syn dotarł do funkcji przybocznego, córka do tej pory jest instruktorką w harcerstwie i pomaga, kiedy potrzeba.

* W dobie internetu zmieniło się podejście dzieci do harcerstwa?

– Na pewno. Kiedyś dzieci prosiły rodziców o pozwolenie, dziś jest odwrotnie. To rodzice przyprowadzają dzieci z nadzieją, że złapią bakcyla. Ale jest zainteresowanie. „Mrówkojady” są przed naborem i mamy 40 dzieci. Co więcej, kiedyś w ciągu roku przez drużynę przewijało się 80 osób, teraz odpadają 2-3. Więc na pewno decyzję o wstąpieniu do harcerstwa, są bardziej świadome. W międzyczasie wydzieliliśmy drużynę „Piranię”, bo w tej pierwszej było za dużo. Nie jest prawdą, że dzieci nie mogą żyć bez telefonu. Trzeba im po prostu to umożliwić, pokazać narzędzia do spędzania czasu. Dlatego wiele naszych zajęć odbywa się w terenie.

* Wykonujecie też wiele innych ciekawych zadań, jak chociażby szycie maseczek w czasie pandemii. Stworzyliście sprawnie działające przedsiębiorstwo. Ktoś pozyskiwał materiały, ktoś szył, ktoś dystrybuował. I oczywiście, pracujecie na to, by mieć środki na wyjazd na obóz.

Harcerze muszą pozyskiwać środki. Moja praca od samego początku też jest społeczna. Nigdy nie byłem na etacie w hufcu i nigdy mi za to nie płacono. Jeśli chodzi o obozy, to oczywiście musimy na nie zapracować. W latach 70-tych sprzedawaliśmy znicze w parku obok Zakładu Poprawczego, kartki świąteczne przy cmentarzu. Po otwarciu Tesco, harcerze zaczęli pomagać w pakowaniu zakupów. Potem to samo robiliśmy w Intermarche. To są zupełnie inne pieniądze i dzięki nim możemy dofinansować dzieciom obóz. To daje dodatkową motywację. W kwestii maseczek było tak, że powiedziałem harcerzom, że dotychczas społeczeństwo pomagało nam w wyjazdach, więc pora, byśmy spłacili ten dług społeczny.

* W 2017 r. podczas nawałnicy na obozie harcerskim w Suszku w województwie pomorskim zginęły dwie harcerki. Pan i członkowie „Mrówkojadów” w tym samym czasie, w tym samym regionie także byliście na kolonii. Dzięki Pana trafnym decyzjom, świdniczanie byli bezpieczni.

– Byłem komendantem obozu w Smerzynie. 70 harcerzy z 10. ŚDH „Mrówkojady”, 10 ŚDSH „Piranie” i 10 ŚGZ „Pogromcy Gargamela” mieszkało w 12 namiotach, a zuchy w domkach. Śledziłem przemieszczanie się burz nad Polską i słuchałem komunikatów. Wiedziałem, że na obszarze, na którym był nasz obóz, mogły wystąpić burze. Po godz. 19.00, po konsultacji z oboźnym, phm. Marcinem Rogozińskim, wydałem polecenie o przygotowaniu do ewentualnego ewakuowania się z namiotów. Harcerze mieli spakować do plecaków wszystkie rzeczy i być w gotowości, by przejść do murowanego budynku, w którym mieściła się świetlica. Mocno się ściemniło, zaczął wiać silny wiatr i wydałem komendę do ewakuacji. Błędem z mojej strony było pozostawienie plecaków w namiotach. Byliśmy bezpieczni na świetlicy, gdy burza rozszalała się na dobre. Drzewa spadały na plac, jedno na domek, w którym mieszkały zuchy ze Świebodzic. Uszkodziły dach. Burza trwała około godziny. Po 22.00 razem z oboźnym obejrzeliśmy obóz. Wszystkie namioty, poza moim, były przewrócone. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji i pierwszy raz w mojej harcerskiej karierze wydałem decyzję o ewakuacji.

* Czy przez te 50 lat zdarzały się momenty, kiedy myślał Pan, że może już wystarczy harcerstwa?

– Nie. Harcerstwo jest dla mnie wszystkim. Czasami jest tak, że coś człowieka dołuje, a potem przychodzi promyk nadziei. Miewałem przerwy, ale nigdy nie chciałem odejść całkiem. Z resztą nawet dom mam dzięki niemu. Wspólnie z innymi założyliśmy spółdzielnię i wybudowaliśmy ciąg domków. Dzięki harcerstwu nauczyłem się nawiązywać kontakty, przełamywać wewnętrzne bariery, ponieważ jako dziecko byłem nieśmiały, a tu chodziłem do prezydenta, bo była taka potrzeba. W harcerstwie pokochałem zawody, góry. Zawsze walczę do końca i tego uczę innych. Kiedyś zastanawiałem się, do kiedy będę działał. Myślałem, że jak się uda do sześćdziesiątki, to będzie super. Dziś mam 67 lat i perspektywa się zmieniła. Dopóki na górskim szlaku wciąż czekam na harcerzy, coś mogę jeszcze zrobić.

Leave a Reply

Zobacz również