Stanisław Kotełkoświdnica

Stanisław Kotełko o mieście i decyzjach władz: W Świdnicy można się zakochać, jest piękna. Tylko sprzątać trzeba

– Dobrym krokiem władz Świdnicy była odbudowa wieży ratuszowej, złym z kolei – straszliwe zaniedbanie parków miejskich. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu zaczęło się wszystko pozytywnie kształtować – uważa społecznik, historyk i świdniczanin od 70 lat Stanisław Kotełko, który obchodził właśnie 90. urodziny.

Jak samopoczucie szanownego jubilata w 90. urodziny?

– Jak to się mówi popularnie: mogłoby być gorzej, ale mogłoby być lepiej… [śmiech]. Zawsze mówię, że starość to nie radość, garb nie pociecha…

Jak się żyje i mieszka w obecnej Świdnicy?

– Czy ja wiem? Mnie się żyje nieźle, ludzi o to na ogół nie pytam. W każdym razie Świdnica jest i zawsze była bardzo przyjemnym miastem, w którym można było się zakochać.

A pan jest wciąż zakochany w Świdnicy?

– Owszem, chociaż z nią żyję przeszło 70 lat.

Za co pan kocha Świdnicę?

– Chyba za jej piękno. Za otoczenie, za bliskie zespoły górskie. Byłem też zawsze zakochany w górach.

Najbardziej bolało mnie, jak Świdnica niszczeje w pewnym okresie, jak wyburzali zabytkowe ulice. Wówczas zebraliśmy się w grupie ochroniarzy zabytków i robiliśmy, co można, żeby do dewastacji miasta nie dopuścić. Na przełomie lat 50. i 60. zespół architektów urzędu miejskiego proponował przecież, aby całą starówkę wyburzyć, z Rynkiem włącznie, a postawić tam nowoczesne bloki. A jakie to nowoczesne bloki wtedy były, to wiadomo…

I jak udało to się uratować?

– Robiliśmy gwałt w prasie, w urzędzie miejskim i jakoś nas posłuchali. Udało nam się ocalić sporo, chociaż dużo i tak wyburzono. Poza tym nikt kamienic nie remontował, nikt o mienie nie dbał. To uczucie tymczasowości, które było tutaj bardzo widoczne, spowodowało, że wszystko było potwornie zaniedbane, brudne. To odstręczało człowieka od oglądania tego miasta na co dzień.

Zresztą, mój Boże, już w pierwszym 10-leciu naszego stulecia rzucano się na duże inwestycje, a mało dbano o historyczną zabudowę miasta. Dopiero po roku 2010 mniej więcej zaczęto do tego przykładać wagę.

Co było najgorszą, a co najlepszą decyzją władz miasta z perspektywy Pańskich 70 lat życia w Świdnicy?

– Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo było bardzo dużo decyzji negatywnych, ale było też sporo pozytywnych. Jednoznacznie określić jest ciężko. Na pewno dobrym krokiem była odbudowa wieży ratuszowej, a złym z kolei – straszliwe zaniedbanie parków miejskich. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu zaczęło się wszystko pozytywnie kształtować. Oczywiście mówię o zewnętrznych sprawach, a nie o decyzjach gospodarczych czy socjalnych.

Na pewno jeśli chodzi o sytuację gospodarczą, bardzo dobrym pociągnięciem było włączenie Świdnicy do terenów Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Dzięki temu miasto się rozwija, ludzie mają pracę. Z drugiej strony chyba – jak wszędzie – można znaleźć jakiś minus: za mało jest tu kapitału polskiego, za dużo zagranicznego. Ale to efekt globalizacji, jest Unia Europejska, więc to specjalnie nie przeszkadza. Czy w Lizbonie, Paryżu czy w Helsinkach, każdy może się teraz czuć jak na własnym podwórku.

Jak przez ostatnie lata Świdnica zmieniała się w Pańskich oczach?

– Gruntownie to się zaczęło zmieniać od poprzedniej kadencji Rady Miejskiej, czyli od początku rządów pani Słaniewskiej, bo ona podeszła po kobiecemu do wyglądu miasta.

Myśli pan, że to widać, że kobieta rządzi miastem?

– I to bardzo. Jest ogromna różnica. Przypominam sobie taki moment, że w 2011 roku gościliśmy w Świdnicy króla Szwecji. I na tych ogromnych klombach na placu Wolności sterczały metrowej wysokości uschnięte burzany, a oni tamtędy jechali. Już nie mówię, że musiały tam być kwiaty. Ale żeby choć te burzany wyczyścili, żeby to czyste było! No niestety…

Wstyd był?

– I to duży…

Czy Świdnica ma się czego jeszcze wstydzić?

– Bo ja wiem? Raczej niczego. Miasto jest dość spokojne, nie ma jakichś ekscesów za bardzo, ładnie wygląda, ludzie raczej są sobie życzliwi. Nie widzę specjalnie powodów do wstydu w takim bardziej wyrazistym znaczeniu tego słowa.

Czyli: Ukraińcy przyjeżdżajcie, Świdnica to dobre miejsce do pracy i życia?!

– Bez Ukraińców to pewnie by nam gospodarka stanęła… Osobiście z Ukraińcami mam związane bardzo nieciekawe wspomnienia z okresu II wojny światowej. Ale nie można ciągle tkwić w tych samych sympatiach, antypatiach. Niemców kiedyś nienawidziliśmy, a dziś jest współpraca i przyjaźń. Czas wszystko zmienia…

A Pańska wieloletnia działalność w Towarzystwie Regionalnym Ziemi Świdnickiej co zmieniła? Ma pan satysfakcję ze swojej pracy?

– Można o tym długo mówić… Byłem u narodzin Towarzystwa, działałem w nim przez bardzo wiele lat, potem wrobiono mnie w prezesa i byłem nim kilkanaście lat. Redagowałem „Rocznik Świdnicki”, teraz współpracuję nad kolejnymi wydaniami „Encyklopedii Świdnicy”.

Mogę sobie bezkrytycznie przywłaszczyć jedną zasługę: obudziłem w świdnickim społeczeństwie zainteresowanie własną historią. I to historią nie wybiórczo, tylko historią Śląska ze szczególnym uwzględnieniem Świdnicy. Wziąłem się za to właściwie pierwszy już w latach 50. Z kolegami z Wrocławia – dr. Fiedorem i T.Biedą – utworzyliśmy pierwszy zespół tekstów źródłowych do dziejów Świdnicy, obejmujący całokształt dziejów miasta. To jakoś chwyciło. Udało mi się to zrobić, teraz to już mam wielu następców, ale w zasadzie od tego wszystko się zaczęło.

Ma pan przekonanie, że dzieje Świdnicy są dobrze zbadane? Czy mamy jeszcze gdzieś luki w historii?

– Historyk nigdy nie powie, że wszystko jest zbadane do końca, bo wychodzą różne rzeczy w różnych sytuacjach, w różnych znaleziskach. Ale generalnie opracowanie historii Świdnicy jest w miarę pełne.

A czy Pańskim zdaniem świdniczanie są świadomi wielkości, różnorodności i piękna historii miasta?

– Ci, którzy się tym interesują na pewno są świadomi. Trudno jednak tego wymagać od ludzi, którzy historią nie interesują się zupełnie.

Co jest na tyle zaniedbane w Świdnicy, że trzeba to szybko naprawić?

– Kilka zabytkowych, bardzo wartościowych kamienic w centrum. Na pewno ta sąsiadująca z byłym hotelem „Piast” przy ul. Kotlarskiej. Jest też kilka domów przy ul. Trybunalskiej. A przede wszystkim ulica Długa. Jeśli robi się ulicę Grodzką na bombonierkę, jeśli w innych częściach miasta bardzo wiele rzeczy się poprawia, to ulica Długa jest wyraźnie zaniedbana. Zdaję sobie sprawę, że to trudne tematy uzależnione od wspólnot lokatorskich przede wszystkim, ale to ulica, która jest głównym zabytkowym traktem miasta! Już na ulicy Pułaskiego robi się sporo, a Długa ciągle odłogiem leży. To trzeba przede wszystkim poprawić. I trzeba pilnować bardziej czystości i porządku. Bardzo dużo na korzyść się zmieniło, ale są punkty w mieście, jak teren dawnego Domu Nauczyciela. Od al. Niepodległości wygląda jako tako. Ale proszę zajść w ulicę Nauczycielską i zobaczyć z tyłu, co się na tej posesji dzieje… Nie wiem, po co to w ogóle zostało sprzedane. Kupiec, nie wiem kto to, najwyraźniej nie ma pieniędzy na porządki i remonty. To okropne! I takich parę miejsc w mieście można jeszcze wyłapać i pokazać. Właściciele wykupionych posesji w wielu wypadkach zupełnie nie dbają o ich wygląd.

Proszę się przejść ulicą Piekarską od Matejki do reprezentacyjnego Parku Centralnego. Po lewej stronie są duże place, które mają właścicieli. To przecież jeden śmietnik! To bezwzględnie powinno ulec zmianie. Takie miejsca są niestety w każdej dzielnicy.

Zobacz również